czwartek, 11 lipca 2013

Archangielsk - wątpliwa "perła" północy


Archangielsk to największe miasto na północy Europy. Z naciskiem na słowo „północ”. Tutaj, nawet przez 8 miesięcy w roku panuje zima, a tylko przez 2 miesiące lato. Do Archangielska udało mi się przyjechać w czerwcu, czyli akurat w tej pozornie letniej i słonecznej części roku.



Pierwsze, co po przybyciu rzuca się w oczy, to to, że miasto ma już czasy największej świetności za sobą. W XVI i XVII wieku Archangielsk był jedynym morskim portem Rosji. Miasto, napędzane handlem z Anglikami i Holendrami, rozwijało się niezwykle szybko. Tutaj car Piotr I zbudował pierwszą stocznię w Rosji i pierwsze rosyjskie okręty. Miasto gwałtownie straciło na znaczeniu na początku XVIII wieku, gdy Rosja uzyskała dostęp do morza Bałtyckiego i wybudowano Sankt Petersburg. W XIX i na początku XX wieku rozwijał się tu handel drewnem spławianym z tajgi rzeką Dwiną. W mieście powstały wspaniałe posiadłości budowane przez zamożnych przedsiębiorców, głównie Francuzów i Anglików. Jednak również ich dobra passa nie trwała długo. Ostatecznym ciosem dla miasta było założenie w 1916 roku portu w Murmańsku, gdzie przeniósł się przemysł stoczniowy i rybacki.
Znając historię miasta spodziewałem się niezwykłych budowli i wspaniałych zabytków, pozostałości czasów minionych - niestety srodze się zawiodłem. Wspaniałe budowle może i były, ale ze względu na to, że miasto żyło z drewna, to i domy powstawały tu drewniane. Obecnie budynki te są już bardzo zapuszczone, a podmokły teren dodatkowo zrobił swoje. Część domów się już zapada, a przedsiębiorczy Rosjanie znaleźli sposób by nie ratować tych zabytków – niby przypadkiem wybucha w nocy pożar i na zgliszczach spalonego domu można już stawiać murowany blok lub sklepy.









Nie odnalazłem także dawnej świetności nabrzeża portowego. Tak jak w mieście, tak i tutaj czuć głównie ducha ZSRR. Dworzec morski – symbol miasta znajdujący się na banknocie 500 rublowym, okazał się w środku - halą targową. W której sprzedaje się głównie majtki i skarpety. Obok hali stoi kilka ogromnych lodołamaczy, chwilowo nudzących się na letnich „wakacjach”.







Archangielsk leży w delcie rzeki  Dwiny, która ma w tym miejscu 2 kilometry szerokości. Zaledwie 40 kilometrów dalej jest miasto Severodvinsk i  plaże morza Białego. Chciałem się tam wybrać, ale stanowczo mi odradzono. Severodvinsk to miasto zamknięte. Znajduje się tam stocznia marynarki wojennej, gdzie powstają atomowe okręty podwodne. Powiedziano mi, że gdy mnie tam złapią, to będę miał duże problemy i z pewnością już nigdy nie zostanę wpuszczony do Rosji. Ups... zostałem więc nad rzeką Dwiną.



Współczesny Archangielsk to właściwie miasto zupełnie obdarte ze swojej historii, przynajmniej w obrębie przestrzeni publicznej. Obowiązuje estetyka budownictwa socjalistycznego. Główny plac miasta zdobi pomnik Władimira Ilicza Lenina. Choć patrząc z mojej środkowo-europejskiej perspektywy to zaskakujący obraz, w Rosji jest to widok dość normalny. Tu Ilicz wciąż jest powodem do dumy, bo przecież za jego czasów zjednoczony Kraj Rad był potęgą, a mieszkańcy Archangielska chodzili z wysoko podniesioną głową. Dziś wszystkim rządzi pieniądz, a rozdźwięk między bogatą garstką „biznesmenów” a normalnym obywatelem, jest gigantyczny. Właściwie zastanawiam się jak normalny człowiek może tu żyć, bo ceny podstawowych produktów są znacznie wyższe niż w Polsce. Tłumaczy to dlaczego Gdańsk zalewają Rosjanie z obwodu Kaliningradzkiego... u nas jest dla nich zwyczajnie tanio i stać ich na więcej niż u siebie.







Symbole komunistyczne nie znikają z ulic, są wszędzie... tu widoczne na latarniach miejskich.



Jak przystało na prawosławny naród, w mieście znajduje się kilka interesujących cerkwi. Z zewnątrz nie wyróżniających się szczególnie, no może w wyjątkiem pewnego właśnie budowanego giganta... W końcu to przecież miasto Michała Archanioła (aż dziwne, że w czasie komuny nie zmieniono tej nazwy).







Najbardziej charakterystyczne zjawisko dla tej części świata to „białe noce”, które najbardziej efektowne właśnie o tej porze roku. Choć dla kogoś, kto w lipcu idzie wieczorem do klubu w Sopocie i wychodzi rano, nie będą one niczym specjalnym... Wchodzę, gdy jest jeszcze jasno i wychodzę , gdy jest już jasno – wielkie halo ;-) Obawiałem się, że „białe noce” będą jakoś destabilizujące dla psychiki, ale na całe szczęście (i to jest odkrycie wyjazdu) Rosjanie mają znakomite piwo, którym można raczyć się na dobry sen. Choć nie trzeba spać, można spacerować po zupełnie pustym, „wymarły” mieście. Tak wygląda nabrzeże o 2 w nocy.



Gdy pewnego dnia (nocy) przemierzaliśmy pas nabrzeża, lokalny znajomy pokazał nam „zacumowany” statek, w którym znajdowała się kiedyś knajpa. I to chyba była najciekawsza z atrakcji Archangielska.



Kiedy przed wyjazdem do Rosji szukałem informacji o Archangielsku, wszędzie znajdowałem opisy wspaniałych bulwarów, którymi można spacerować nad rzeką Dwiną. Bulwary faktycznie były... trochę podupadłe, z budkami gastronomicznymi... miało to jednak swój urok.








Obok bulwaru piaszczysta plaża i zero plażowiczów... nie te temperatury, nie ta pogoda...



Choć pewnie bywa tu czasem lepiej... choć przez jakąś chwilę w roku...



Inną ciekawostką są okolice lotniska w Archangielsku, gdzie obok bloków wkomponowano kilka prawdziwych samolotów (z manekinami pilotów w środku), w tym najpopularniejszy współczesny myśliwiec rosyjski - MIG 31, stojący za jakimś parkingiem, gdzieś w krzakach.







Jedzenie w Rosji to osobny temat. Spodziewałem się, że będę się zajadał tanim kawiorem. No i kolejne rozczarowanie. Kawior jest drogi nawet tutaj – 100g kosztuje 30 zł. No, przy czym mówimy tu o najlepszym kawiorze jaki w życiu jadłem. Soczystych kuleczkach pękających w ustach, o aromacie, jakiego nigdzie nie znajdziemy. Poza tym wspaniałym odkryciem okazał się solony łosoś – surowa ryba prószona jedynie solą. Takie rosyjskie sushi, w najprostszej możliwej formie. Genialne w smaku! Najlepiej podchodzi do zmrożonej wódki. Przy czym, od kiedy widziałem świeże łososie na hali rybnej w Archangielsku, to jakoś już nie mogę uwierzyć, że u nas łosoś jest świeży. Tam mięso miało inną sprężystość, kolor. Ech...



Kolejnym specyfikiem rodem z północy jest mięso renifera. Smaczne, ciemne mięso. Można jeść jako suszone i solone na przekąskę, lub jako kiełbasę (tu jak widać w chłodziarce cały zestaw kiełbas), bądź na obiad – pyszny stek.



W restauracji obowiązkowo moja ulubiona zupa – soljanka. Obok na stole kiszonki – które, jak się okazuje nie wcale polską specjalnością. Rosjanie kiszą dużo więcej typów warzyw, dodatkowo zielone pędy, czosnek. Dalej... sało, czyli słonina. Zupełnie inaczej smakująca niż u nas, bardzo delikatna, najlepiej na razowym chlebie i z ogóreczkiem - myślałem że tego nie ruszę, a było pyszne.



W restauracji, w której jedliśmy była też w karcie specjalna oferta dla porannych gości. Możemy mówić, że to coś jak śniadanie, choć dość specyficzne, bo rosyjskie... dopasowane do rosyjskiej rzeczywistości...  (tłumaczenie menu)

"Dlaczego budzę się rano…" oferta specjalna

"...Pochmurny poranek..." 50gr wódki i marynowany ogórek - 75 rubli 
"...Tęsknię za ZSRR..." – 50 gr wódki i kanapka z sardynką w sosie pomidorowym - 75 rubli
"...100 gr dla odwagi..." – 100 gr wódki i jajko w majonezie z zielonym groszkiem - 145 rubli
"...Zrzucamy się w trójkę na flaszkę..." – wódka i talerz z zakąskami - 200 rubli
"...Była raz taka popijawa..." – wypijemy i zagryziemy, wódka, piwo, domowe sucharki, marynowany ogórek - 160 rubli




wtorek, 9 kwietnia 2013

O tym jak Elbrus jechałem zdobywać z kurami


Podróż na Elbrus, zaczęła się od deklaracji naszego kierowcy, iż po drodze musi odebrać pewną przesyłkę i zwieść ją rodzinie mieszkającej pod Elbrusem. Zaraz za miastem zjechaliśmy do wsi.



Zatrzymaliśmy się pod jednym z domów, z którego wyszła kobieta z trzema workami. Zawartość wydawała się dość zagadkowa, worki ruszały się i gdakały.



Kierowca postanowił rozciąć kawałek worka by jego zawartość mogła poczuć się trochę lepiej i wystawić swój kurzy łeb na zewnątrz. Tak więc wszystko było już jasne... jechaliśmy na Elbrus z kurami.



Zamawiając kierowcę nie wiedzieliśmy jaką wspaniałą maszyną dysponuje. Była to kremowa Wołga z lat osiemdziesiątych. Jak się dowiedzieliśmy - najlepszy samochód do poruszania się po Kaukazie. Doświadczyliśmy prędkości 120 km/h na zakrętach górskich dróg i mówiąc szczerze trzymanie boczne foteli nie należy do najlepszych jakiego zaznałem. Jeżeli uznać, że emocje są najważniejszym czego doświadczamy w podróży, to to było jedno z bardziej intensywnych doznań kaukaskiej eskapady.



Nie wiem co kryło się pod maską tej "kremówki", ale stan przedniej szyby mówił wprost... mamy do czynienia z bardzo doświadczonym pojazdem. Ciekawe jak ten samochód przechodzi przez badania teczniczne (badania, jakie badania?).



Już na początku trasy zobaczyliśmy pierwsze punkty kontrolne. To przypominało w jakim rejonie jesteśmy i że istnieje pewne ryzyko związane z poruszaniem się po Kaukazie. W 2005 roku 80 czeczeńskich rebeliantów zaatakowało instytucje rządowe w Nalczyku, Rosyjskie wojsko jednak opanowało miasto. Ostatni seria ataków terrorystycznych na dużą skalę w Nalczyku, pochodzi zaledwie z lutego 2011.



Miasto i okolice był spowity we mgle, ale im bardziej wjeżdżaliśmy w góry, tym bardziej poprawiała się pogoda. Choć jak miało się okazać tylko chwilowo.




Nasz kierowca - pan Muhedin raczył nas opowieściami o ludziach, o Kaukazie, o swoim życiu jako milicjant w czasach ZSRR. W czasie przejazdu zatrzymaliśmy się by zajrzeć do kur, które okazało się iż miewają się świetnie i cenią sobie wygodę podróżowania w zamkniętym bagażniku Wołgi ;-)




Pradziadkiem pana Muhedin był Killar Khashirov, człowiek który jako pierwszy zdobył szczyt wschodni Elbrusa już w 1829 roku. Ponoć Killar Khashirov dożył 132 lat i jest to nieodosobniony przypadek w rodzinie pana Muhedina. Jego pomnik mijaliśmy po drodze.



Im bliżej Elbrusa, tym więcej posterunków i kontroli. Przez wszystkie przejechaliśmy bez zatrzymywania się, bo ponoć wszyscy tu znają i szanują naszego kierowcę. Coś w tym chyba musiało być, zwykle trąbił na nich i pozdrawiał gestem ręki.



Na przemian z posterunkami i widokami gór, uwagę przykuwały opustoszałe fabryki i małe miejscowości z blokami na skraju ruiny.











Przed samym Elbrusem zajechaliśmy w głąb małego blokowiska, gdzie już przed blokiem czekała babuszka. Jak się okazało to tu, do tego bloku przyjechały nasze ptasie pasażerki. Ponoć ich los nie był tak oczywisty jak mi się wydawało. Nie było ich dolą wylądować w rosole... ale żyć na tym blokowisku pod najwyższym szczytem Rosji.





Gdy dotarliśmy najdalej jak można samochodem, przeszliśmy na kolejkę wiozącą narciarzy do wysokości 3500. Widok tego małego ośrodka narciarskiego był lekko żenujący. Drewniane budy, niedokończone budynki, w oddali jeden stok dla narciarzy. Na parkingach samochody tylko z rosyjskimi rejestracjami, słychać tylko język rosyjski. Wtedy byliśmy tam chyba jedynymi ludźmi z poza Rosji, choć ponoć w sezonie wspinaczkowym można spotkać dużo ekip z całego świata.





Kolejka wjeżdża do pierwszej stacji na 3000 metrów, potem przesiadka i dojazd na 3500. Obok nowych wagoników z 2009 roku jest trakcja ze starymi wagonikami, niezwykle wolnymi.





W 2011 roku doszło tu do ataku terrorystycznego. W nocy, na wysokości 3470 metrów wysadzony został jeden ze słupów nośnych, 30 z 45 wagoników spadło na ziemię. Ponoć wtedy nikomu nic się nie stało, choć w przeddzień zamordowano na drodze trójkę turystów z Moskwy. W związku z tym, w 2011 w tym rejonie panował stan operacji antyterrorystycznej, utrudniający ruch turystyczny.





Kiedy tak staliśmy i podziwialiśmy widoki na 3500 podjechał do nas zamaskowany jegomość na skuterze śnieżnym i zaproponował podwiezienie na wysokość 4200... oczywiście za "drobną opłatą". Cóż... nigdy nie byłem na takiej wysokości, ciekawość wiec wzięła górę i zdecydowaliśmy się przeznaczyć część funduszy gromadzonych na kaukaski koniak i wybrać się na szaleńczą przejażdżkę 700 metrów w górę. Kierowca ewidentnie chciał nam dostarczyć wrażeń, więc pędził ile sił a ja podskakiwałem na tylnym siedzeniu zastanawiałem się kiedy spadnę i czy powiedzą o mojej śmierci parę słów w Teleexpresie ;-)



Widok na 4200 jest niesamowity. Tutaj patrzysz na szczyty gór "z góry". Wiatr wieje, lekki śnieg zacina... kierowca skutera nakazał byśmy się zbytnio nie oddalali - szczeliny w lodowcu to niebezpieczne, niewidoczne i śmiertelne pułapki.





Miejsce w które dotarliśmy to jedna z baz aklimatyzacyjnych dla alpinistów. Tu się przygotowują przed dalszą drogą na szczyt. Zdziwiła mnie brzydota i prowizorka tych baraków. Wyobrażałem sobie że alpinizm to coś niezwykle widowiskowego... no a tu taka pragmatyczna i obskurna proza życia. Choć widok kiedy budzisz się rano z pewnością bezcenny.






Elbrus - 5642 m n.p.m. cześć Korony Ziemi. Jeden z najważniejszych szczytów dla alpinistów. Byłem, stałem tam... ale właściwie nie widziałem w pełni. Ponad 4500, góra chowała się już w chmurach. Nie poczułem do końca jej ogromu, potęgi. Poczułem jednak to jak piękne i niebezpieczne jest to miejsce, jak dzikie mimo blaszanych baraków. Nie chciałbym być tu sam w małym namiocie, czekać aż minie śnieżyca by dalej zmagać się z górą. Trzy dni wcześniej na wysokości 4900 zginął młody alpinista z Polski, odpadł od ściany. Ja już wiem że to nie moja droga, nie chciałbym iść dalej. Już był czas wracać nad bałtyckie morze...