poniedziałek, 31 marca 2014

Sarajewo

 W ramach uzupełnień na blogu publikuje zdjęcia z wyjazdu - zima 2012/2013

Jadąc do Sarajewa miałem przed oczami zdjęcia z czasów wojny w Jugosławii. Wydaje się, jakby zdarzyło się to w innej epoce, a przecież  minęło zaledwie 20 lat. Byłem wtedy w liceum i chyba nie bardzo rozumiałem, co się dzieje na południu Europy. Pamiętałem teledysk U2 „Miss Sarajewo”, ujęcia ludzi kryjących się na alei snajperów. To wszystko wydawało się nierealne, odległe.



Sarajewo zaskoczyło mnie pięknym starym miastem. Prawie zupełnie pozbawionym zniszczonych budynków. Meczety, sklepiki z ręcznie wyrabianymi metalowymi naczyniami. Uroczę kawiarenki, restauracyjki i punkty gdzie można kupić i zjeść lokalne wypieki – burki.









To tu, na rogu ulicy przy moście, 26 czerwca 1914 r. serbski nacjonalista, Gavrilo Princip, dokonał zamachu na austriackiego następcę tronu, arcyksięcia Ferdynanda. Wydarzenie to uznaje się za bezpośrednią przyczynę wybuchu I wojny światowej.



Kawałek dalej muzułmański cmentarz, na wielu grobach widać daty śmierci z początku lat '90. Tu pierwszy raz natknąłem się na ślad ostatniej wojny. 



Szwendając się po mieście trafiamy na podwórko z budynkiem o bardzo dziwnej architekturze. To, co na początku niedostrzegalne, teraz staje się coraz wyraźniejsze. Wszędzie ślady po kulach, nawet w windzie, którą wjechaliśmy na ostatnie piętro, by zobaczyć widok miasta. Zdaję sobie sprawę, że zupełnie nie mam pojęcia, czym było życie w oblężonym mieście.





Natrafiamy na kolejne budynki z coraz bardziej widocznymi śladami wojny. Stoją samotnie pośród innych całkowicie odnowionych. Obok sklepy, pędzący gdzieś ludzie. Nieme pomniki tamtego czasu.



Na przedmieściach odnajdujemy bardzo widoczne ślady ostrzałów z czasów wojny. Tu widać, jak pociski spadające z pobliskich wzgórz dosięgały najwyższych kondygnacji budynków. Miasto robi się coraz bardziej przygnębiające. Budynki mają rany, które nie chcą się zagoić.







Docieramy na rogatki miasta do bardzo szczególnego muzeum. To jedno z nielicznych miejsc celowo zachowanych w niezmienionej formie od czasów wojny. Tu, pod domem rozpoczynał się 800 metrowy tunel, którym przemycano do oblężonego miasta żywność, leki, broń. Tędy również wielu Sarajewian uciekło z oblężenia. Tunel został wydrążony pod płytą lotniska, czyli jedynym obszarem w pierścieniu otaczającym miasto, które nie zostało zajęte przez Serbów. W tamtym czasie lotnisko było obszarem kontrolowanym przez ONZ, które jednak nie potrafiło w żaden sposób ochronić mieszkańców Sarajewa.







Największe wrażenie zrobił na mnie film, który można obejrzeć w piwnicy domu, zaraz obok wejścia do tunelu. Dokument pokazujący sceny z czasów wojny. Nic się nie zmieniło, dom wyglądał tak samo, pod ostrzałem wybiegali z niego mężczyźni z bronią. Wszystko sprawiało wrażenie, jakby kręcone było najdalej w zeszłym roku. A dziś jedynie krzaki odrosły i jakaś dziwna cisza panuje dookoła. To uczucie, kiedy myślisz, że wojna rozgrywała się tu właściwie wczoraj.





Wracając do hotelu mijaliśmy budynek muzeum narodowego z wielkim napisem „Muzeum jest zamknięte” i drzwiami symbolicznie zabitymi deskami. W Bośni zamyka się muzea, ponieważ rząd nie ma pieniędzy na utrzymywanie takich obiektów. Ludzie nie mają pracy, a gospodarka nie podniosła się z gruzów po wojnie. Trudna sytuacja polityczna nie pomaga.



Wieczorem ruszyliśmy na miasto, urokliwe uliczki starówki. Minarety świecą w śnieżnym pejzażu.

 




Wybraliśmy się do paru klubów, ludzie bawili się jak szaleni. Totalnie mnie to zaskoczyło. Trafiliśmy przypadkiem na koncert S.A.R.S., popularnego serbskiego zespołu. Na sali miałem wrażenie, że nikt nie pamięta o wojnie, nie myśli o tym, kto jest Serbem, a kto Bośniakiem i po której stronie walczył. Wszyscy znali na pamięć teksty, śpiewali wspólnie, bawili się. Zrozumiałem, że może i miasto ma na sobie masę ran, ale młodzi ludzie nie chcą o tym myśleć. Liczy się tu i teraz, bawmy się. Film nagrałem telefonem, więc jakość słaba, ale oddaje atmosferę tamtego koncertu.



Samolot unosi się ponad miastem, obserwuję wzgórza z których prowadzono ostrzał. Gdzieś w dole zostają obiekty olimpijskie z 1984 roku... zupełnie zapomniane, zniszczone i czekające na jakiś lepszy los, tak jak całe to miasto.


czwartek, 13 marca 2014

Wieś na krańcu świata.


Podczas podróży przez tajgę do zapomnianego cmentarza polskich zesłańców, trafiłem do niewielkiej wsi. Szirokoje to ostatnia zamieszkana miejscowość przed wyruszeniem w głąb dzikiej tajgi. Tutaj zatrzymaliśmy się by przenocować i odpocząć.









Zanocowaliśmy w jednym ze starych domów. Choć jego właściciel już dawno wyprowadził się ze wsi, wyposażenie domu pozostawił w nienaruszonym stanie. Można było spokojnie się tu przespać i nie przeszkadzał nawet brak wody, którą trzeba było nosić ze studni znajdującej się w centrum wsi. Bardziej uciążliwy był brak jakiegokolwiek zasięgu telefonii komórkowej. Tutaj już nie było żartów i naprawdę poczuliśmy, że jesteśmy na końcu świata.








Do wsi prowadzi jedynie piaszczysta droga. W czasie silnych opadów staje się ona nieprzejezdna. Dużo pewniejszym sposobem podróżowania jest rzeka wijąca się na uboczu.







Wieś Szirokoje powstała na przełomie lat '50 i '60 XX w. W czasach swojej największej świetności zamieszkiwało ją ponad 1000 osób, pracujących głównie w przemyśle drzewnym. Istniał tu duży park maszynowy, warsztaty naprawcze, szkoła, przedszkole... Wszystko to z czasem zaczęło obumierać. Mechanizacja wycinki drzew spowodowała, że ludzie stawali się coraz mniej potrzebni. Młodzi też nie chcieli tu zostawać, uciekali do miasta. Z czasem zadecydowano, że dla kilkorga dzieci nie warto już prowadzić szkoły i kazano im dojeżdżać do większego ośrodka położonego wiele kilometrów dalej. Tutejszy świat kurczył się, przestawał istnieć. 






 
Porzucone maszyny, samochody, budynki... wszystko umierało. Następowała pustka. Klimat trochę jak z filmu "Solaris" Tarkowskiego.













Kiedyś działał tu kinoteatr, pełniący również funkcję sali gimnastycznej i miejsca zabaw. Poznaliśmy nawet byłego kinooperatora, który opowiadał, że pokazywano tu filmy z całego świata. Największą popularnością cieszyły się te z Indii.







Obecnie we wsi Szirokoje mieszka około 100 osób. Zostali tu chyba bardziej z przyzwyczajenia i dlatego, że nie mają dokąd iść. Popularnym sposobem spędzania wolnego czasu jest wędkarstwo i popijanie wódki. Działa jeden sklep (wyposażony w ciekawy "grzejnik"), a przyjazd kilku osób z Polski to sensacja, o której wszyscy mówią.

















Dziwne było obserwowanie śladów po świecie, który odszedł już bezpowrotnie. Nostalgiczny obraz minionych lat. Ile jest takich wsi, wysuniętych przyczółków na brzegu bezmiernej tajgi? Zapewne jeszcze bardzo wiele i zapewne wyglądają podobnie. Nasz świat się zmienia, koncentrujemy się w miastach, lgniemy do innych ludzi i zapominamy o tych małych osadach. Tam gdzie jeszcze sięga zasięg telefonii komórkowej, tam jest życie. A dalej... dalej jest już tylko obumieranie.